2020. Nareszcie koniec! Polityczne podsumowanie roku

Witold Głowacki
Witold Głowacki
14 kwietnia 20202 roku. Przylot na warszawskie Lotnisko Chopina samolotu Antonow An-255 z transportem sprzętu medycznego. Dostarczone nim maseczki okazały się pozbawione certyfikatów i tym samym całkowicie bezużyteczne w walce z epidemią.
14 kwietnia 20202 roku. Przylot na warszawskie Lotnisko Chopina samolotu Antonow An-255 z transportem sprzętu medycznego. Dostarczone nim maseczki okazały się pozbawione certyfikatów i tym samym całkowicie bezużyteczne w walce z epidemią. Szymon Starnawski /Polska Press
Wiele doświadczyliśmy, jeszcze więcej zobaczyliśmy - może więc czegoś się nauczymy? W 2020 roku prysło wiele mitów polskiej polityki, wydarzyły się też w Polsce rzeczy o zupełnie fundamentalnym znaczeniu. Pożegnamy ten rok bez najmniejszego żalu, ale coś niecoś nam po nim zostanie

Na początek rzecz dość oczywista - i ja się cieszę, że rok 2020 nareszcie się skończył. Był trochę jak ciągnący się w nieskończoność prolog do filmu katastroficznego, trochę jak dzień świstaka, a trochę jak bardzo długi i szczegółowy reportaż uczestniczący z ogarniętego epidemią domu opieki społecznej. Mimo tego dość naturalnego obrzydzenia, jakie odczuwamy na samo hasło „2020”, nie można jednak wykluczyć, że nawet ten koszmarny rok na coś nam się przyda.

Jest dość naturalne, że może nam się wydawać, że rok 2020 zostanie na wieki zapamiętany jako rok wielkiej pandemii, która zburzyła znany nam dotychczas świat. Problem w tym, że pandemia wcale niekoniecznie zapewni mu w historii miejsce aż tak poczesne, jak to, które dziś mu przyznajemy. Zbiorowe doświadczenie epidemii to coś, co ludzkość znała i zna aż za dobrze, w niektórych regionach Afryki czy Azji to nadal wręcz element codzienności, w Polsce też jeszcze wcale nie tak dawno, że wspomnimy choćby o bardzo poważnym problemie z malarią aktualnym u nas jeszcze w latach 50. Jest więc tak naprawdę dość mało prawdopodobne, by akurat historia z COVID-19 miała się odcisnąć w dziejach jako wydarzenie o charakterze znaczącego przełomu. Koronawirus SARS-COV-2 - z całym dla niego szacunkiem - jest w świecie bakcyli postacią znacznie mniej barwną od pałeczki dumy czy wirusa ospy prawdziwej. Pod względem swego śmiertelnego żniwa nijak nie może się równać ani z Hitlerem, ani ze Stalinem, ani tym bardziej z wirusem grypy hiszpanki. Jakieś tam miejsce w historii mu się zapewne należy, z punktu widzenia losów świata będzie to jednak raczej miejsce wkroczenia Rydza-Śmigłego na Zaolzie niż wyprawy Napoleona na Moskwę. Choć zabrzmi to potwornie - będzie tak nawet mimo tego, że w samej Polsce liczba bezpośrednich i pośrednich ofiar pandemii przekroczy zapewne 100 tysięcy.

Znacznie bardziej istotne od samej pandemii mogą być zjawiska i procesy społeczne, dla których doświadczenie pandemii było jedynie katalizatorem. Pod tym względem rok 2020 był w Polsce wyjątkowo intensywny - i trudno dla niego znaleźć jakiekolwiek porównanie w ostatnim trzydziestoleciu. Tak, proszę Państwa, w tym strasznym i niekończącym się roku 2020 działy się w Polsce rzeczy o zupełnie fundamentalnym znaczeniu.

Bieżące kłopoty politycznego mainstreamu

Zacznijmy od kwestii najmniej ważnych. Choć zdecydowanie nie każdy z emanujących dobrodusznym samozadowoleniem przedstawicieli obozu władzy zdaje się to rozumieć, dla tejże władzy rok koronawirusa był niekończącym się pasmem cierpień w wyżymaczce powoli obracającej się nad grillem. Co nawet nie dziwi, nijak jak dotąd nie wykorzystała tego największa partia opozycyjna - od 2015 roku (albo i od odejścia Donalda Tuska) krążąca w tym samym politycznym zapętleniu.

Pierwszą falę pandemii obóz władzy do dziś uznaje za czas, w którym udało się jej zademonstrować siłę i sprawność działania. Tymczasem z perspektywy czasu i późniejszych doświadczeń Polacy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że był to raczej dość bezczelny festiwal propagandy sukcesu w obliczu tego, co było jedynie zupełnym preludium realnych możliwości koronawirusa. Ogromny samolot pełen całkowicie bezużytecznych maseczek bez atestów i cała reszta wiosek potiomkinowskich pierwszej fali były w tym kontekście jedynie anegdotami - na nasze szczęście pierwsza fala przebiegała w Polsce tak łagodnie, że zawartość nieszczęsnego Antonowa nie była nam tak naprawdę niezbędna. Problem rządu i obozu władzy polega zaś na tym, że teraz wszyscy to wiemy.

Wraz z drugą falą pandemii zaczął się natomiast festiwal nieudolności władzy i instytucji państwa w zderzeniu z całkowicie już realnym zagrożeniem. Całkowity brak przygotowania kraju na drugą falę, spóźnione reakcje na jej kolejne postępy, przepełnione szpitale i niemal niefunkcjonujące przychodnie - to wszystko biło w kolejny z fundamentów, na których opierały się rządy PiS - czyli w obietnicę sprawczego państwa zrywającego z imposybilizmem czasów przeszłych, będącego zaprzeczeniem państwa z dykty i mokrego kartonu.

Obie fale pandemii pokazały zaś Polakom dobitnie i naocznie, że ze stanowieniem prawa i jego egzekwowaniem w Polsce pod rządami PiS naprawdę jest coś mocno nie tak. Było tak już na samym początku, gdy bez wystarczających podstaw prawnych i bez żadnego logicznego uzasadnienia zamykano lasy i grożono drakońskimi karami za próbę samotnego pobiegania gdzieś na odludziu. I było tak później - gdy władza ogłaszała kolejne obostrzenia, by następnie natychmiast się z nich wycofać, lub stwierdzić - bez żadnego zakłopotania - że właściwie nie mają one podstaw prawnych.

Ba, w trakcie epidemii wykształciły się nowe, nieznane dotąd źródła prawa, jak choćby Konferencja Prasowa Rządu, Apel Premiera, czy nawet Rządowa Infografika w Mediach Społecznościowych. Żeby nie być gołosłownym - Apel Premiera o niewychodzenie z domu w Sylwestra zastąpił właśnie wprowadzoną wcześniej w trybie Konferencji Prasowej godzinę policyjną, choć przecież z jeszcze wcześniejszej Rządowej Infografiki wynikałoby, że cała Polska powinna być aktualnie objęta co najwyżej jakże poczciwą i niegroźną z dzisiejszego punktu widzenia strefą żółtą. Ta nieustająca groteska wiecznie pozbawiona jakichkolwiek realnych następstw każe brać w coraz większy nawias deklaracje i zapowiedzi obozu władzy. Tej samej władzy, która przecież już w lipcu ustami premiera ogłosiła że „nie trzeba się jego bać”, a ustami prezydenta zapowiedziała, że Stany Zjednoczone dostarczą Polsce szczepionki jako pierwszemu krajowi na świecie. To nie jest to słynne rozbudzanie oczekiwań, które następnie się wygasi. To zwykłe rzucanie słów na wiatr, zwykła utrata wiarygodności na najbardziej elementarnym poziomie.

Kryzys Kościoła

To, co działo się w roku 2019 i 2020 z polskim Kościołem, będzie określało społeczno-polityczne losy Polski przez długie kolejne lata. Kościół - będący w końcowym okresie PRL a następnie przez cały okres po 1989 roku jednym z najmocniejszych, jeśli nie najmocniejszym graczy w polskiej polityce - otrzymał, po części na własne życzenie, serię potężnych i w pełni zasłużonych ciosów. Filmy braci Sekielskich, liczne inne reportaże o molestowaniu i pedofilii w wykonaniu kleru, historia księdza Jankowskiego, czy wreszcie ostatnia epopeja z kardynałem Dziwiszem w roli głównej - wszystko zaś skąpane w hektolitrach obłudy i hipokryzji hierarchów - to wszystko sprawia, że polski Kościół właśnie słania się na nogach nie mogąc za bardzo trafić choćby do narożnika ringu. Hegemonia Kościoła w kwestiach społecznych została bardzo poważnie nadwątlona. Jego legendarna bezpośrednia polityczna moc zaś w tej chwili niemal nie istnieje. Nie było jeszcze w polskiej historii takiego momentu.

Są jeszcze w tle tych procesów dwa bardzo głośne i bardzo ważne filmy fabularne. Mocny, nieco pamfletowy a nieco eucharystyczny „Kler” Wojciecha Smarzowskiego, po którym na dłuższą chwilę zapadła bardzo myląca cisza, prawdopodobnie - jak w wypadku pierwszego z filmów braci Sekielskich - oznaczająca, że katolicka w większości publiczność potrzebuje naprawdę sporo czasu, by dojść po seansie do siebie i na nowo pozbierać myśli.

I znakomite, subtelne „Boże Ciało” Jana Komasy, które całkowicie wbrew oczekiwaniom okazało się w Polsce kinowym hitem o masowym zasięgu, bijącym na łopatki najbardziej kasowe hollywoodzkie produkcje - być może także dlatego, że zawarta w tym filmie wizja wiary i Kościoła okazała się odpowiadać tęsknotom polskiego widza, który na ogół wciąż będąc w jakimś sensie katolikiem coraz mniej ma wspólnego z polskim instytucjonalnym Kościołem Głódzia, Janiaka i Dziwisza.

O ile filmy braci Sekielskich wraz z efektami pracy wielu innych dziennikarek i dziennikarzy ujawniły ogrom pokładów hipokryzji hierarchów i kleru, o tyle gdzieś między „Klerem” a „Bożym Ciałem” trzeba dziś szukać motywów, dla których polscy katolicy przestają czuć się dobrze w roli owieczek i coraz częściej mają odwagę wymawiać posłuszeństwo swym dotychczasowym pasterzom.

Przebudzenie kobiet i pokolenia Z

Dla liberalnych komentatorów i publicystów Strajk Kobiet to potężny masowy ruch miłych i spokojnych na co dzień pań, które nagle postanowiły ogłosić, że PiS ma „wyp…ać”. I słusznie! - krzyczą tu liberalni publicyści, „Precz z Kaczorem dyktatorem!”. Liberalny komentariat cieszy się też (choć również nieco dąsa) widząc na protestach swe dzieci - które jakoś nie chciały protestować z KOD-em. Kiedy zaś już ów nadrzędny cel zostanie osiągnięty, panie z pewnością przyjmą do wiadomości, że kompromis aborcyjny powinien nadal obowiązywać, zaś prawdziwym głosem kobiet jest Borys Budka - i wrócą gotować swym liberalnym mężom obiady według tradycyjnych włoskich przepisów i reguł zrównoważonej diety. Z kolei dla publicystów prawicy Strajk Kobiet to jakiś obłędny sabat zbiorowego opętania matek, żon i córek przez - nie bójmy, się tego imienia - samego Szatana. Kiedy oszalałe z nienawiści kobiety i zdemoralizowana, wyzuta z wartości młodzież wspólnie zburzą już polskie tradycje, chwałę oręża polskiego, bogatą historię polskiej kuchni i autorytet Jana Pawła II, zmuszą swych odartych z męskości mężów i synów do gotowania - zapewne zupy z aportowanych płodów przyprawionej esencją z cywilizacji śmierci.

To, że w Polsce rozgrywa się właśnie rewolucja kulturowa na miarę europejskiego roku 1968, umyka natomiast kapłanom obu ze stron - doskonale dotąd urządzonych w patriarchalnych regułach świata polskich elit. Dla nich istotą tej wojny są losy otoczonej szpalerami radiowozów willi na Mokotowie - podczas gdy dla uczestników tej rewolucji willa na Mokotowie jest tylko jednym z wielu miejsc symbolicznych - obok pałacu arcybiskupów, trybunału konstytucyjnego, budynków prokuratury.

To rewolucja kobiet i młodych, która tliła się na długo przed ogłoszeniem w budynku Trybunału Konstytucyjnego, że ustawa antyaborcyjna nie jest zgodna z konstytucją. Proces polityczno-społeczny, który zaczął się może w trakcie Czarnego Protestu, odnawiał następnie w kolejnych protestach dotyczących praw kobiet i mniejszości, by po raz ostatni przed orzeczeniem TK ujawnić się w trakcie batalii wywołanej sprawą Margot

Bo - choć PiS jako jedna z najbardziej konserwatywnych na polskim rynku partii jest tu całkiem naturalnym „wrogiem” i „celem” protestujących, to nie jest ruch protestu po prostu przeciwko PiS. Chodzi w nim o coś znacznie większego - o samą polityczno-społeczną podmiotowość kobiet i młodszych pokoleń - w realiach dyskursu całkowicie dotąd zdominowanego przez patriarchalną prawicę - czy to spod znaku konserwatywnego liberalizmu chadecji, czy narodowego katolicyzmu nowych populistów. Tym samym - to nie jest ruch, który dałoby się „oswoić” i zaprząc do politycznej rywalizacji w interesie aktualnego politycznego mainstreamu (choćby nawet marzyło się to niektórym z jego liderek). Przeciwnie - to ruch, który już zmienia ten polityczny mainstream i uczy go nowych reguł gry. A jego prawdziwe możliwości dopiero zobaczymy. Może wtedy, gdy cała Polska stanie na długie tygodnie jak Islandia podczas kobiecego strajku w 1975 roku?

Marsz Hołowni

Niemal całkowicie poza parlamentem urosła w 2020 roku nowa siła polityczna. Szymona Hołowni i jego ruchu Polska 2050 nie sposób dzisiaj lekceważyć - niezależnie od tego, czy bliżej realiów są sondaże dające im nieco ponad 10 procent społecznego poparcia, czy te, w których ugrupowanie Hołowni ściga się z Koalicją Obywatelską o miano drugiej siły na opozycji. Nie do zlekceważenia jest także prawie 14 procent osiągnięte w lipcowych wyborach prezydenckich - przy bardzo trudnych dla kandydata spoza mainstreamu warunkach prowadzenia kampanii.

Jest już dziś dość jasne, że Hołownia i jego partia odpowiadają politycznym potrzebom znaczącej grupy Polaków - w dodatku grupy mocno wykraczającej poza tradycyjne schematy podziałów obowiązujące dotąd w polskiej polityce. Społeczne zaplecze ruchu Hołowni to bardzo interesujący tygiel, w którym bardziej progresywnie nastawieni katolicy spotykają się z częścią lewicy a także z „sierotami” po dawnych wcieleniach PiS i Platformy. Zarazem to właśnie ruch Hołowni okazał się tą siłą polityczną, która jest w stanie podbierać wyborców zarówno PiS-owi, jak i Koalicji Obywatelskiej - zdaje się, że podbierać dość trwale - zważywszy na bardzo silnie akcentowany przez Hołownię i jego ludzi sprzeciw wobec PO-PiSowego duopolu rządzącego polską polityką.

Upadek mitów III RP

Elastyczne warunki zatrudnienia to wartość na rynku pracy? Każdy jest kowalem własnego losu? Państwo nie powinno interweniować w biznesie? Tanie państwo? Niskie podatki receptą na rozwój przedsiębiorczości? Prywatna służba zdrowia zamiast państwowych molochów? Precz ze „złodziejami” z ZUS? „Weź kredyt, założ firmę?”

Ależ to wszystko dziś idiotycznie brzmi. Dziś, kiedy z dnia na dzień upadały całe branże z firmami założonymi na kredyt w pierwszej kolejności, a dziesiątki tysięcy ludzi z dnia na dzień traciły miejsca swego elastycznego zatrudnienia. Kiedy po państwową pomoc stanęli wspólnie w kolejce zarówno wielcy giełdowi gracze, jak i domorosłe rekinki biznesu. Kiedy tylko publiczna służba zdrowia jest w stanie jakoś konfrontować się z pandemią a abonamentowe sieci zamknęły się na głucho przed własnymi pacjentami. Kiedy to ZUS wypłaca postojowe i wstrzymuje składki. I kiedy jest całkowicie jasne, że wymarzone „tanie państwo” byłoby państwem jeszcze bardziej ochoczo abdykującym ze swych podstawowych funkcji niż ten nieco pokraczny i zdecydowanie niedorobiony byt, z którym mamy do czynienia na co dzień.

A przecież były to wszystko najbardziej sztampowe frazy powtarzane przez całe pokolenia polityków III RP od Millera przez Komorowskiego po Gowina - liberalne dogmaty polskiego myślenia o państwie i gospodarce. Jest bardzo wątpliwe, by po doświadczeniach roku 2020 w najbliższych latach ich przywoływanie mogło pomagać w Polsce w uprawianiu polityki - tym bardziej więc dziwi fakt, że lider największej partii opozycyjnej w tym właśnie kierunku zdaje się popychać nową wersję programu Platformy.

Zmiana proporcji sił

To tylko obserwacja - z której jak na razie wcale tak wiele jeszcze nie wynika. Jesienią tego roku można było po raz pierwszy zaobserwować w sondażach zjawisko, którego nie widziano w zasadzie od 2015 roku. Choć w badaniach preferencji wyborczych wykonywanych od początku drugiej fali pandemii mamy do czynienia ze znacznym rozjeżdżaniem się wyników - jedno jest w ostatnich miesiącach dość stałe. Suma poparcia PiS i Konfederacji rzadko przekracza 40 procent, zaś pozostałe partie, które łączy fakt, że opowiadają się za liberalną demokracją zdecydowanie dominują nad ugrupowaniami spod znaku nowego populizmu. Od 2015 roku do połowy roku 2020 było regularnie na odwrót - dopiero po wyborach prezydenckich wejście na polityczny rynek ruchu Hołowni sprawiło, że proporcje sił na polskiej scenie dość zauważalnie zmieniły się na ogólną korzyść opozycji.

***

Na koniec jeszcze parę słów o wydarzeniu, o którym nie byłoby uczciwie nie wspomnieć w politycznym podsumowaniu roku 2020. Zmienia się właśnie właściciel wydawcy zatrudniającego piszącego te słowa i ponad 2000 innych dziennikarzy i pracowników 20 polskich gazet regionalnych i kilkuset portali internetowych. Nowym właścicielem będzie wielka państwowa - i pozostająca pod bezpośrednią kontrolą aktualnie rządzącej Polską ekipy politycznej - firma. Jeśli spojrzymy na losy mediów publicznych w ostatnim pięcioleciu i jednocześnie uświadomimy sobie, że nie istnieją w Polsce żadne regulacje prawne dotyczące państwowej własności prasy, budzi to całą serię dość zrozumiałych obaw - także o elementarną równowagę w polskiej debacie publicznej. I teraz, i w przyszłości. I ja tych obaw doświadczam. Ze swojej strony mogę tylko podkreślić, że dewiza naszej gazety - „opinie z każdej strony” - nigdy nie była pustym sloganem. A dziennikarz - póki jest dziennikarzem - nigdy nie posłucha rozkazów polityka.

Ferrari na aukcji dla WOŚP

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Najgorsze że w Polsce do głosu dochodzi bolszewicki faszyzm z SS-mankami na ulicach !

N
Naród z prezydentem

NAJWAŻNIEJSZE , ŻE ANDRZEJ DUDA PONOWNIE ZOSTAŁ WYBRANY NA PREZYDENTA POLSKI !

Dodaj ogłoszenie