10 lat walki Ziobry. 40-latek dekadę później

Witold Głowacki
Witold Głowacki
21.09.2020 r. Konferencja prasowa Zbigniewa Ziobry
21.09.2020 r. Konferencja prasowa Zbigniewa Ziobry brak
Kiedyś był „delfinem” w partii Jarosława Kaczyńskiego, ale przez następną dekadę została mu tylko bezskuteczna walka o powrót do tej roli. O co dziś gra Zbigniew Ziobro?

Od tygodnia w Zjednoczonej Prawicy trwał kryzys, jakiego dotąd w tej koalicji nie oglądaliśmy. Zbigniew Ziobro po raz kolejny rzucił rękawicę Jarosławowi Kaczyńskiemu i próbował obronić swój plan posiadania przed planowaną rekonstrukcję rządu. Poszło na noże - członkowie partii Ziobry zagłosowali przeciw PiS ws zakazu hodowli zwierząt futerkowych, nastepnie zaś najważniejsi politycy PiS otwarcie mówili o zerwaniu koalicji i o „ukaraniu” Ziobry polityczną marginalizacją.

Tymczasem Ziobro radził sobie w tym starciu znacznie lepiej, niż mogło się wydawać na samym jego początku. O ile startowy rachunek sił zdawał się jednoznacznie wskazywać, że Ziobrę i jego ludzi czeka ciężkie zderzenie z betonową ścianą, o tyle przebieg całej batalii wyglądał inaczej. Ziobrystom udało się ustać na ringu w najtrudniejszym momencie, ani na chwilę nie odpuścili też kwestii dla nich najistotniejszej.

- Ministerstwo Sprawiedliwości dla Zbigniewa Ziobry to granica nie do przekroczenia - zapewniał jeszcze we wtorek nieoficjalnie jeden z najbardziej znanych ziobrystów. Podkreślał też, że nie spodziewa się wolt ze strony posłów Solidarnej Polski - to zaś było tym elementem gry, na który początkowo mocno stawiali PiS-owcy. Obecnie sytuacja zmierza w kierunku rozejmu - być może z Jarosławem Kaczyńskim w roli wicepremiera - arbitra stale rozsądzającego spory między Ziobrą a Morawieckim.

Zbigniew Ziobro skończył w sierpniu 50 lat. Przy takiej okazji trudno unikać życiowych rachunków zysków i strat . Można na przykład myśleć o czasie, który upłynął od poprzednich okrągłych urodzin - i zastanawiać się, jak został on spożytkowany. Wspomnienie 40. urodzin może zaś przywodzić Zbigniewowi Ziobrze nie do końca przyjemne myśli o ironii losu. Wszak w sierpniu 2010 roku przyszły przywódca Solidarnej Polski, a jeszcze przed momentem jeden z głównych rozgrywających w obozie prawicy, wchodził już na drogę, która zaprowadziła go najpierw poza PiS a następnie z powrotem w orbitę Jarosława Kaczyńskiego. W dodatku nawet trudno było mu się wtedy jakoś szczególnie dziwić.

Do dnia, w którym rządowy Tupolew rozbił się pod Smoleńskiem, to właśnie Zbigniew Ziobro był szefem kampanii Lecha Kaczyńskiego, który jesienią 2010 roku miał walczyć o reelekcję. To Ziobro miał nadawać ton tej walce i budować kampanijną strategię. Choć krążyła wówczas nieco spiskowa teoria, że ma to służyć osłabieniu jego pozycji - bo sondaże nie dawały Lechowi Kaczyńskiemu wielkich szans na zwycięstwo - to jednak była to bardzo ważna funkcja w hierarchii całego obozu braci Kaczyńskich. Jedna z tych, które w przyszłości pozwalają grać o najwyższe stawki. Pamiętajmy zaś, że o możliwym kandydowaniu Ziobry na prezydenta po drugiej kadencji Lecha Kaczyńskiego mówiło się już w latach 2005-2007.

Już niespełna dwa tygodnie po Smoleńsku stało się jednak jasne, że śmierć Lecha Kaczyńskiego oznacza też koniec Ziobry. Sztabem nowego kandydata PiS - Jarosława Kaczyńskiego - pokierowała ekipa przyszłych twórców PJN pod kierunkiem Joanny Kluzik-Rostkowskiej. W dodatku obrana została strategia, która była zaprzeczeniem całego myślenia Ziobry o polityce prawicy. Jarosław Kaczyński wystąpił w słynnym spocie „Do braci Rosjan” i pozował na polityka z republikańskiego centrum. Na koniec razem z Bronisławem Komorowskim podpisywał egzemplarz Konstytucji przekazany następnie na licytację na rzecz WOŚP.

Tak, to był naprawdę trudny czas dla twardej prawicy.

Ziobro zaś skazany był na przyglądanie się temu wszystkiemu z Brukseli jako (od 2009 roku) eurodeputowany PiS. Nawet kwestię rozliczania i politycznego dyskontowania katastrofy natychmiast przejął Antoni Macierewicz. Choć zaś sztabowców Kaczyńskiego z kręgu Joanny Kluzik-Rostkowskiej już wkrótce czekało przykre zderzenie z rzeczywistością, skutkujące zresztą rozłamem w partii, Ziobro do dawnej roli już nie powrócił. I taka była najprościej ujęta geneza powstania Solidarnej Polski. Ziobro chciał radykalnego skrętu w prawo, zaostrzenia kursu, radykalnego podejścia do kwestii politycznej konkurencji - słowem wszystkiego tego, czego chce i dziś. A Kaczyński wybrał jednak rodzaj zabiegów o część politycznego centrum.

Przez ostatnią dekadę między PiS a Solidarną Polską wydarzyło się bardzo wiele. Dziś liderzy obu formacji występują na ogół zgodnie, ale nie należy zapominać, że przed rokiem 2014 regularnie odżegnywali się od czci i wiary. Było w tym tyle samo politycznej gry, co czystej samczej emocji.

Czas od momentu wyjścia (będącego też usunięciem) ziobrystów z PiS w listopadzie 2011 roku i powołania Solidarnej Polski aż do ponownego zbliżenia z partią Kaczyńskim w 2014 roku był okresem gwałtownej i bezpardonowej wojny między obydwoma partiami. Ziobro doświadczał wtedy czegoś podobnego do tego, czego zawsze doświadczał w trudniejszych momentach Kaczyński. Okazywało się, że nie każdemu można ufać.

Pierwszym wielkim rozczarowaniem Ziobry okazał się wtedy Andrzej Duda. Do rozstania doszło tuż przed powołaniem do życia Solidarnej Polski. Obecny prezydent był wtedy w polityce wciąż przede wszystkim protegowanym Ziobry, prawnikiem ściągniętym przez Ziobrę w uczelni początkowo do prac nad ustawą lustracyjną, która finalnie okazała się wyjątkowym bublem prawnym, następnie wiceministrem w kierowanym przez niego w latach 2005-2007 resorcie sprawiedliwości, wreszcie reprezentantem frakcji Ziobry w Kancelarii Prezydenta za rządów Lecha Kaczyńskiego.

W 2011 roku wszystko wskazywało na to, że w momencie rozłamu Duda pójdzie razem z Ziobrą i jego grupą. W ostatniej chwili jednak okazało się, że Duda zostaje z PiS. Ziobryści do dziś są przekonani, że tą decyzję poprzedziło przekazywanie na Nowogrodzką informacji o ich planach. Zarazem zaś Zbigniew Ziobro - marzący o prezydenturze od 2005 roku - do dziś absolutnie pewien, że wybranie w 2014 roku przez Jarosława Kaczyńskiego właśnie Andrzeja Dudy na kandydata na prezydenta miało być wymierzonym w niego, Ziobrę, policzkiem i właściwie niczym więcej.

Do Solidarnej Polski przeszedł też na krótko z klubu PiS Bartosz Kownacki, późniejszy zastępca Antoniego Macierewicza jako ministra obrony narodowej. Jego kariera wśród ziobrystów potrwała jednak zaledwie kilka miesięcy. Już w lipcu 2012 roku wrócił z powrotem do PiS.

Rok później na linii Solidarna Polska -PiS rozegrała się istna afera szpiegowska. Działacze Solidarnej Polski zarzucali zwanej „Aniołkiem Kaczyńskiego” Ilonie Klejnowskiej, że na zlecenie posła PiS i swego przyszłego męża Mariusza A. Kamińskiego miała uwieść Mariusza Łuszczka - jednego z pracowników biura partii Ziobry, by w ten sposób zdobywać informacje o tajemnicach i przyszłych posunięciach ziobrystów. - Przeprowadziliśmy audyt wewnętrzny, który potwierdził, ze p. Łuszczek jako pracownik Solidarnej Polski działał na rzecz PiS - ogłosił wtedy oficjalnie ówczesny rzecznik Solidarnej Polski.

To jeszcze nie koniec. - Był to realny test twardej polityki i formatu jego przywództwa. Tego czy będzie on sukcesorem Jarosława Kaczyńskiego i czy stanie się delfinem polskiej prawicy. Dzisiaj przeżywa dramat, bo delfin okazał się leszczem, jeśli nie leszczykiem, który pozbawiony jest wizji, pomysłu, wyposażony w charyzmę trzęsącej się galarety. I na dodatek co chwilę trzeba mu zmieniać pieluchę - mówił na temat Ziobry w 2014 roku w wywiadzie dla gazety.pl Jacek Kurski. Było to chwilę po wyrzuceniu Kurskiego (współzałożyciela partii) z Solidarnej Polski i zarazem niedługo po zawarciu przez Ziobrę i Gowina układu z Kaczyńskim będącego wstępem do powołania do życia Zjednoczonej Prawicy.

Arkadiusz Mularczyk zaś jeszcze w 2015 roku wydawał się tym najwierniejszym z wiernych w drużynie Ziobry, jego Sancho Pansą. Tymczasem dwa lata temu i on przeszedł do PiS po nieudanej próbie przeforsowania kandydatury żony na prezydenta Nowego Sącza.

Wolt i „zdrad” było wiele. Może także dlatego przegląd relacji ziobrystów z PiS jest trochę jak rozbieranie dorodnej cebuli . Pod każdą kolejną warstwą miąższu kryje się następna. I choć oczy coraz bardziej łzawią, a zapach staje się naprawdę przykry, nie należy przerywać czynności , bo tylko tak mamy szansę dojść do sedna.

Ta pierwsza, widoczna dla każdego, płaszczyzna konfliktu to oczywiście sprawy bieżące. Tym razem chodzi o dwie ustawy - obie bardzo ważne, choć z różnych powodów, dla PiS. Ustawa zwana bezkarnościową, przeciw której opowiedzieli się ziobryści, to zbiór przepisów mających zwalniać z ewentualnej odpowiedzialności karnej urzędników państwowych podejmujących decyzje związane ze zwalczaniem pandemii. Tu chodzi o żywotne interesy najważniejszych osób w państwie - w tym premiera Mateusza Morawieckiego, który po wyroku sądu stwierdzającego bezprawność jego działań ws organizacji tzw wyborów kopertowych znalazł się w bardzo niekomfortowej sytuacji.

Ustawa o zakazie hodowli zwierząt futerkowych to z kolei kwestia prestiżu. Jest jasne, że projekt o osobistym znaczeniu dla Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS jest znanym miłośnikiem zwierząt i lubi występować w tej roli. Kilkakrotnie już szukał sposobności do przeforsowania zakazu hodowania zwierząt na futra, przed laty, nawiązując do ówczesnych aktywności swej bratanicy Marty Kaczyńskiej ciepło wypowiadał się o oblewaniu farbą osób noszących futra - generalnie ta ustawa jest dla niego jedną z tych relatywnie rzadkich w polityce okazji do zrobienia czegoś, co na koniec dnia może napawać autentyczną dumą. Tym bardziej, że Kaczyński już kilka razy musiał poświęcić kolejne pokolenia sympatycznych futrzaków na rzec swego politycznego interesu. Część posłów prawicy i sprzyjających obozowi Kaczyńskiego mediów jawnie bowiem ulegała bardzo

Gdy tylko zajrzymy pod pierwszą warstwę naszej cebuli, zobaczymy następną. Ustawa „bezkarnościowa” ma żywotne znaczenie dla Mateusza Morawieckiego - i dla jego prawnego bezpieczeństwa w przyszłości. Tymczasem dla Ziobry Morawiecki to główny bezpośredni konkurent. Od pierwszego wspólnego dnia w rządzie Beaty Szydło aż po dziś dzień obaj politycy przejawiają do siebie regularną niechęć i niej jest tajemnicą, że najchętniej potopiliby się w łyżkach wody. To jest żywiołowa, objawiająca się gestami, słowami i okresowymi wybuchami antypatia.

Dalej mamy kolejną łupinę naszej ziobrystowskiej cebuli. To wpływy w spółkach skarbu państwa i w państwowych instytucjach. W ostatnich tygodniach stało się zaś całkowicie jasne, że kolejne uderzenie w tę strefę wpływów Ziobry może nastąpić nastąpi przy okazji rekonstrukcji rządu. Ziobryści musieli więc się bronić. To stały obszar gry między Ziobrą a Morawieckim - zarazem zaś być albo nie być dla małej partii, która w obozie Zjednoczonej Prawicy po prostu musi coś „posiadać”, by istnieć i zyskiwać wpływy. To, że tym obszarem posiadania są akurat posady w państwowych spółkach to rzecz wprawdzie brzydka, ale w polskiej kulturze politycznej niestety naturalna. Porzućmy więc na moment moralizowanie i przypomnijmy tylko bardzo istotny komunikat, który w ostatnich dniach padł ze strony PiS - w spółkach skarbu państwa przeprowadzono mianowicie zintensyfikowane poszukiwania „ziobrystów” , jednak ich wynik okazał się nadspodziewanie mizerny. Tak przynajmniej ma wynikać ze specjalnego raportu, który z donosów ludzi Morawieckiego na ludzi ziobry i donosów ludzi Ziobry na ludzi Morawieckiego sklejał wicepremier Jacek Sasin. Sklejał i złożył - w okolicach weekendu, na biurko Jarosława Kaczyńskiego.

Jest i ta łupina cebuli, która składa się z urażonej dumy. Oto, że PiS nie gra pod dyktando ziobrystów, o to, że nie zawsze chce skręcać na prawo, trzaskać biczem i ściągać cugli - a przynajmniej nie chce tego robić tak gwałtownie, jak chciałby Ziobro. To trwa od co najmniej 2010 roku i będzie trwało dalej. O czym zaś nie wolno zapominać - choć ziobryści próbując realizować swe radykalne recepty najczęściej pakują PiS w kłopoty (ustawa o IPN, wojna o sądy, zrywanie konwencji antyprzemocowej etc), to jednak najczęściej działają w rodzaju dobrej wiary - bo przynajmniej w części zdążyli szczerze uwierzyć w to, co od lat powtarzają.

Obieramy cebulę jeszcze dalej. Widzimy fiasko planu wcześniejszego planu Ziobry czyli pełnej integracji z PiS, w mysl którego Solidarna Polska miała stać się częścią partii Jarosława Kaczyńskiego, za to Ziobro miał otrzymać stanowisko wiceprezesa partii. Jarosław Kaczyński może dziś z pewnoscią żałować, że posłowie Ziobry nie slużą bezpośrednio pod jego rozkazami, ale wice szefostwo partii najpewniej przypadnie komu innemu - Mateuszowi Morawieckiemu.

I tu jest wreszcie samo jądro cebuli. Tam jest podwójne marzenie Zbigniewa Ziobry - o prezydenturze i o przyszłym przywództwie na prawicy z namaszczenia Jarosława Kaczyńskiego. I tam też jest trzech ludzi, którzy te marzenia Ziobrze odebrali. Andrzej Duda - który został prezydentem. Mateusz Morawiecki - który zyska namaszczenie na następcę szefa PiS. I oczywiście Jarosław Kaczyński - człowiek, który o tym wszystkim zadecydował.

Cmentarze zamknięte. Premier apeluje: zostańcie w domach

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie