Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Lubię zapach świeżych gazet

Magda Huzarska-Szumiec
Ze spektaklu "Frank V." w Teatrze im. J. Słowackiego wysnuwa się istotne wnioski, ale też i świetnie się go ogląda
Ze spektaklu "Frank V." w Teatrze im. J. Słowackiego wysnuwa się istotne wnioski, ale też i świetnie się go ogląda Katarzyna Prokuska
Gazety lubię czytać do śniadania, przegryzając chrupiące bułeczki i delektując się zapachem kawy. Czytam je wcale nie z obowiązku. Po prostu sprawia mi to przyjemność.

Jednak wieczorem te same gazety, choćby były przyniesione prosto z kiosku, wydają mi się pomięte, nieświeże. Przez kilkanaście godzin na świecie wydarzyło się tyle interesujących rzeczy,
że nie ma sobie co zawracać głowy starymi newsami.

Gazeta żyje krótko w przeciwieństwie do teatru.

Na jego widowni siadam nie po to, by po raz kolejny konstatować szeleszczące gazetowym papierem historie, tylko by wyciągać bardziej uniwersalne wnioski, zastanowić się nad sprawami, które umykają gdzieś w codziennym pośpiechu. Dał mi na to szansę "Frank V. Komedia Bankierska" w Teatrze im. J. Słowackiego.

Odebrali mi tę przyjemność twórcy "Piekarni" w Starym Teatrze.
Krzysztof Babicki wystawiając "Franka V" wzniósł sztukę Dürrenmatta na poziom poetyckiej metafory. Jak widać zrobił to z pełną premedytacją, bo napisana 46 lat temu historia brzmi dziś wyjątkowo współcześnie. Jest to bowiem opowieść o banku, którego właściciele i pracownicy postanowili dokonać przekrętu życia.

Autor pokazał tu okrutne mechanizmy rządzące kapitalistycznym systemem, które jakoś nas wcale nie dziwią, a wyrachowanie bohaterów jesteśmy w stanie przełożyć na zachowania panów X i Y, pokazywanych w telewizyjnych wiadomościach.
Jednak reżyser nie wyłożył tego wprost. Pozwolił nam wejść w świat teatralnej ułudy, bawić się konwencjami i formalnymi zabiegami, które sprawiają, że z przedstawienia wysnuwa się nie tylko istotne wnioski, ale też świetnie się je ogląda. W pamięć zapadają sceniczne obrazy, zatrzymani niczym w fotograficznym kadrze aktorzy, wkomponowani w przestrzeń zaprojektowaną przez scenografa Marka Brauna.

Przestrzeń z jednej strony wyrafinowaną plastycznie, a z drugiej zwyczajnie dowcipną. Choćby wtedy, kiedy zapadnia, na której zjeżdża w dół niczym operowy śpiewak Guillaume (Grzegorz Łukowski), okazuje się grobem, który zaraz będzie on zmuszony kopać.

Nie bez powodu nasunęło mi się to skojarzenie, bo przedstawienie ma doskonale przemyślaną formę muzyczną, która dodaje mu lekkości. Zasługa w tym coraz lepiej śpiewających aktorów Słowackiego i orkiestry, prowadzonej zdecydowaną ręką kierownika muzycznego sceny Haliny Jarczyk.

Bez wątpienia z widowiska zapamiętam songi zaśpiewane przez naczelnego bankowego hipokrytę Tomasza Międzika i jego zimną, pozbawioną wszelkich skrupułów żonę Doroty Godzic.
Długo nie zapomnę bankierskiego tria w wykonaniu Rafała Dziwisza, Sławomira Rokity i Tadeusza Zięby, no i przede wszystkim pary czołowych bohaterów fantastycznej Frydy Beaty Fudalej
i Richarda Krzysztofa Jędryska.

Ona gra tu zasuszoną pracownicę banku, która od 20 lat marzy o tym, by wyjść za mąż za Richarda. On wcale się przed tym nie wzbrania, ale tylko do momentu, kiedy nad miłość do kobiety przekłada miłość do pieniędzy. Po nocach może się śnić nerwowo wykręcana, lewa ręka aktora, kiedy postanawia w imię wyższych interesów zamordować narzeczoną, troszcząc się przed tem,
by nie zmarzła. Razem śpiewają przepiękny duet o domu z ogródkiem, który o dziwo nawet
w sytuacji scenicznej groteski potrafi wzruszyć.
Natomiast o jakichkolwiek wzruszeniach trudno było mówić podczas premiery "Piekarni", w reżyserii Wojtka Klemma. Już zaczynając od tego, iż nieznany u nas tekst Brechta nie jest najwyższych lotów, to na dodatek twórca postanowił potraktować go, używając kolokwialnego języka, z buta.
I to dosłownie, demolując scenę przy dźwiękach ogłuszającej, granej na żywo, rockowej muzyki.

A wszystko to po to, by "wstrząsnąć" obrzydliwym, nażartym i zadowolonym z siebie widzem, który dzięki temu miał zastanowić się nad losem biednych, głodnych i bezrobotnych. Do tego celu reżyser wykorzystał przynależny teatrowi Brechta "efekt obcości", każąc aktorom dystansować się
do granych przez siebie postaci i od czasu do czasu wychodzić z ról.

szystko to pokazane zostało w scenografii autorstwa Maschy Mazur, której estetyka niczym nie odbiegała od estetyki od paru lat granych na scenach Starego przedstawień. Jakieś kontenery, metalowe drążki i kupa śmieci rozrzucanych raz po raz na deskach, mogłyby złożyć się
na dekorację innych, równie "awangardowych" spektakli. Szkoda tylko, że w takiej scenerii znalazła się znakomita aktorka Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, która jako jedyna, miast krzyczeć i biegać w kółko, starała się przekazać stopniowe popadanie w psychiczne zobojętnienie wyrzuconej na bruk wdowy.

Historia opowiedziana w Starym Teatrze mogłaby się swobodnie znaleźć na czołówkach dzienników. Tylko że wbrew pozornej współczesności przedstawienia, dzienników, które dawno się zdezaktualizowały. Ja wolę zapach świeżych gazet o poranku.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na gazetakrakowska.pl Gazeta Krakowska